Rano pogoda nie zachęca do wychodzenia z domu. Pada. Nie jest zimno i jedynie to napawa optymizmem. W drodze momentami nieźle leje. W końcu docieramy na miejsce. Składamy rowery. Uświadamiam sobie, że rowery stały cały tydzień nietknięte po wypadzie w Beskidy. Niedobrze. Taki doprowadzanie sprzętu do używalności na szybko nigdy nie kończy się dobrze. Po zgodnie w Sobkowie i defekcie w Piwnicznej, czas w końcu dojechać z Magdą do mety.

Stajemy w sektorze, bez rozgrzewki. Nie starczyło czasu, ale nie chcemy powtórzyć błędu z Sobkowa, kiedy to musieliśmy się z Magdą przedzierać przez tłum maruderów. Szczególnie, że pierwsze kilometry są szybkie i złapanie dobrego tempa jest ważne. Dla mnie wszystko jedno, ale Magda przyjechała z nastawieniem, żeby powalczyć. Jest o co, organizatorzy przygotowali dla najlepszych zawodników nagrody pieniężne. Pierwsze dwa miejsca wśród dziewczyn są praktycznie zarezerwowane – na starcie stanęły Ania Szafraniec i Ola Misterska. Realna jest walka o trzecie miejsce.

Początek szybki, asfalty, szutry, płyty i w końcu wjazd w teren. Magda bardzo dobrze trzyma tempo, nawet wyprzedza mnie na korzenistym odcinku na początku. Pogoda nie jest za piękna, lekko kropi. Nawet przez chwilę nie myślałem jednak o założeniu na siebie czegoś więcej niż krótki strój i rękawki. Po terenie znowu pałowanie po szutrach, trochę traw, błotka, ślisko. Zaliczamy Szczukowskie Górki. Na piaszczystym podjeździe walka w sznureczku innych zawodników, na zjazdach niestety nie ma jak wyprzedzać i jadę spokojnie za innym zawodnikiem. Na końcu podjazdu poczekałem na Magdę – miała problemy z zaciągającym łańcuchem i straciła kilka pozycji.
Szybko odrabiamy, wyprzedzamy kolejnych zawodników. Znowu podjazd, bardzo fajny, jakby w tunelu z drzew i zjazd z dużą ilością błotka. Bufet. Zdążyłem tylko chwycić banana. Dojeżdżamy do ścieżki wzdłuż torów kolejowych. Wiem co to oznacza. Słynne hopki w tłuczniu. Jadę ten odcinek chyba 6 raz. Nigdy go nie lubiłem. Dopiero teraz wpadłem na pomysł, że zamiast pedałować i walczyć z hopkami, trzeba je wykorzystać, popracować rękami, jak na pumptracku. Rzeczywiście przejechałem praktycznie nie pedałując, skacząc i miałem z tego fan!
Na podjeździe chwilę później niestety zaciąg mi napęd. Magda ucieka. Prze kolejne kilometry próba zrzucenia na młynek kończy się wyszarpywaniem łańcucha zza wózka przerzutki. Zostaje mi blat z 38mioma zębami. I podjazd na Biesak. Początek z buta, widzę w oddali, jak Magda przepycha i łyka kolejnych zawodników. Wypłaszcza się i próbuję walczyć, ale przełożenie 38-36 nie pozwala na wiele. Mimo to, tam gdzie mogę, jadę. Szybko kończy się to bólem kolan i pleców, czwórki pieką, tętno skacze powyżej 180 uderzeń na minutę.
Zaliczam świetny zjazd z Biesaka, ostry dla mnie podjazd na Ostrą, znów fajny zjazd. Zjazdy w ogóle dzisiaj dają mi masę frajdy. Trochę błota, hopki i wyprofilowane zakręty to jest to, co lubię! Ostry podjazd pod Pierścienicę, kolejne zjazdy i podjazdy i mam drugi bufet. Nie mogę już walczyć bez młynka. Oczyszczam napęd, w szczególności kółeczka przerzutki błota, smaru i trawy. Z bufetu łapię banana i jazda.
Oczyszczenie napędu pomaga. Tylko na pierwsze 100 metrów. Znów muszę przepychać. W końcu ląduję pod stokiem Pierścienicy. Kapitalny podjazd, przebijające się przez gęste drzewa promienie słońca i mgła unosząca się w zagłębieniach terenu. Klimacik. Robi się cieplej. Mijam szczyt wyciągu na Piercienicy, gdzie kolega Gałczyński pstryka fotkę. Widać, że jestem zmęczony przepychaniem..
Kolejny zjazd, szybki, ale doganiam dwóch zawodników. Na podjeździe walczę. Zaliczamy dzikiego singielka, wąska ścieżka wydeptana jakby specjalnie na maraton. Jechałem nim jednak w kwietniu, odkryliśmy tą ścieżkę dzięki moim skłonnościom do szukania szlaków tam, gdzie ich nie ma;)
Dalej wiem, że będzie już lżej. Teren robi się bardziej piaszczysty, sporo korzeni. Na jednym ze zjazdów mijam grupkę zagubionych zawodników. Nie wiem o co chodzi, bo trasa jest oznaczona bardzo dobrze. W końcu wyjeżdżam z lasu, przecinam trasę. Dostrzegam Magdę! Krótki odcinek po łąkach, sprawdzam młynek – działa! Gonię Magdę. Dojeżdżam do kapitalnego odcinka szlaku wokół kamieniołomu na Grabinie. Rewelacyjny singielek i piękne miejsce!
Wjeżdżamy na kolejny fajny odcinek przez Brusznię. Świetna ścieżka najeżona śliskimi jak mech wapiennymi skałkami.
Wyjeżdżamy w końcu na odcinek, którym wjechaliśmy w teren na początku maratonu. Odcinek po płytach. Gonimy z Magdą kolejnych zawodników. Ostatnie kilometry w terenie, skrajem zagajnika po nierównej drodze, trochę korzeni i wyjazd na asfalt. Magda wyraźnie osłabła i nie ma ochoty gonić uciekającej grupki, ale motywuję ją do ostatniego wysiłku i dojeżdżamy do mety!
To był zdecydowanie jeden z fajniejszych maratonów w sezonie. Świetna trasa, pogoda dopisała. Mogłem bez problemu jechać z Magdą, chociaż gonitwa po walce z zaciągającym łańcuchem kosztowała mnie sporo sił. Zostajemy na dekoracjach. Niestety w wyniku głupich zaniedbań Magdzie przepadła nagroda za zdobycie 3 miejsca open. Konkretna gotówka. Nie udało się sprawy odkręcić, winnego nie ma. Trzeba wyciągnąć wnioski. Dekorację za klasyfikację generalną przeciągają się do godziny 20. Magda bezapelacyjnie wygrała swoją kategorię i szczęśliwa zapowiada walkę w przyszłym roku:)
Kolejny sezon cyklu MTB Cross Maraton za nami. Impreza rozwija się i z każdą edycją przekonuje do siebie kolejnych zawodników. Przede wszystkim trasą, wymagającą, ładną i momentami techniczną, ale i dobrą organizacją, atmosferą. Jest oczywiście kilka sprawa wymagających poprawy, niedociągnięć, wśród nich największą jest zdecydowanie dekoracja, która często niepotrzebnie odwleka się do późnych godzin. Mimo wszystko wieżę, że organizatorzy w przyszłym sezonie włożą ponownie wiele energii, by cykl uczynić jeszcze lepszym, a nam pozostaje stawić się na starcie w Daleszycach, zapewne w pierwszej połowie kwietnia.